No i Problem!

Kochani! Cześć i czołem! Jak mogliście wczoraj zauważyć, po fb czy insta, zaczyna się nasza przygoda bardziej piesza niż samochodowa. Safari było super, jednak 3 pełne dni w samochodzie, a później kolejny i do tego jeszcze lot dały nam w kość! Kiedy zobaczyliśmy ocean i piękny deptak nie mogliśmy się oprzeć pokusie spaceru.

Na co więc czekać?

Zjedliśmy śniadanko, trochę popracowaliśmy i w drogę! Pierwszy dłuższy kontakt ze słońcem, więc co można zrobić? Rozebrać się, a jak! Ja cygan, myślę sobie “nigdy mnie słońce nie pali, więc Afryka mnie nie też złamie”. Kasia jako ta mądrzejsza (czasami), wysmarowała się elegancko filtrem 50. Mówi do mnie: “chodź, też Cię wysmaruję”, podziękowałem w głowie cytując klasyk o kaktusie 😉. Idziemy sobie, idziemy, wiatr elegancko wieje, także upał nie odczuwalny. Po około 30 minutach spaceru, kiedy już dotarliśmy do kładki na ruchomych wydmach, mówię: “w sumie, to filtr 20 na ramiona, kark i twarz będzie ok”.

No i tak sobie szliśmy tą piękną kładką, niczym Grażyna i Janusz z gołym torsem (oczywiście tylko ja, Kasia w górze od kostiumu). Podziwiamy widoki, strzelamy foteczki, wiadomo😄. Spacer zajął nam 2 godziny, zrobiliśmy około 9 km, całkiem ok.

Dochodzi wieczór i już wiem że spoko nie jest. Spalone mam: ramiona, kark i czoło… Po co się smarować tym szajsem, jak i tak poparzony jestem😡 Kasia z resztą nie lepiej. To jednak nie koniec historii.

Aby życie zbyt lekkie nie było, dziś wybraliśmy się na dwie piesze wycieczki. Pierwsza do Jukani Wildlife Sanctuar, druga do Robberg Nature Reserve. Jako, że w Parku Kruger nie udało nam się zobaczyć leoparda, postanowiliśmy to nadrobić w Jukani, a przy okazji zobaczyć kilka innych pięknych zwierząt z bliska. Jukani to “przytułek” dla dzikich kotów, hien oraz psów, które zostały uratowane przed: głupotą ludzką, np. Kłusownikami, czy kretynami którzy chcieli z dzikich zwierząt zrobić sobie domową przytulanke lub po prostu zostały zabrane z zoo które zbankrutowały. [Kurtka historyka: Jeden z afrykańczyków, wziął sobie małego lewak do domu i traktował go jak zwykłego kotka. Tylko że u lewka w wieku 4 lat rodzi się instynkt mordercy. Tym oto sposobem zaatakował swojego pana w szyję (bo tam atakują- miękkie mięsko😉) I uszkodził mu rdzeń kręgowy. Gość jest teraz kaleką😶] Fajnie było móc zobaczyć te bestie, ale kolejna godzina spędzona w pełnym słońcu, PŁONĘ!!

Do rezerwatu Robberg mieliśmy rzut beretem, więc grzechem byłoby nie skorzystać. Jest cudowny!! Błękitny ocean, kojący szum fal, cudowna zieleń, oraz czyściutka plaża. Na dodatek można latać dronem, dosłownie marzenie!

Na miejscu do wyboru są dwie trasy: 5,5 km, oraz 9,2 km. Mówię:

-Chodź, zrobimy tą dłuższa.

-Ok, jeśli dasz radę…

No bardziej w czuły punkt nie mogła uderzyć. Proste, że dam!!! Po godzinie dochodzimy do rozwidlenia dróg. Wybierając dłuższy szlak, powinniśmy iść prosto, krótszy w prawo. Nastroje takie sobie. Leje się ze mnie, jakbym dopiero co brał prysznic. W butelce max 300 ml wody, a Kasia w cichobiegach. Słońce wali w twarz jak brutal żonę po pijaku, a trasa dość męcząca- góra, dół, góra, dół, w tym połowa po piachu, lub stromych kamieniach. Po płaskim uwielbiamy chodzić, może to być 30 km, no problem. Po górkach już nie koniecznie. Daliśmy radę, myślę, że trochę ponad 2 godziny zajęło nam przejście tych 5,5 km.

Tym oto sposobem, wyglądam jak burak, a dotyk odczuwam jakby mnie ktoś płonącym kijkiem dotykal. Przejdzie😉 teraz siedzimy już przy piwku i kolacji w naszym noclegu, który jest super i oddajemy się relaksowi.

Pozdróweczki😘

Oto kilka fotek z tego pięknego rezerwatu:

Leave a comment