Z każdą minutą jazdy dech zapiera nam coraz bardziej. Krajobraz jest tak cudowny i często zmienia kolory, że aż trudno mi je wszystkie wymienić.
Budzimy się na parkingu niedaleko kolejnego celu Punakaki. Wiemy, że gdzieś koło nas jest woda, jednak na miejscu byliśmy już po zmroku i totalnie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Kiedy tylko opuściłem rano camper, uśmiech nie chciał mi zejść z twarzy. Wyglądałem jakbym spał z wieszakiem w ustach, a to za sprawą tego
Jak zwykle nieszybki ogar i jedziemy na Pancake Rocks. O dziwo na miejscu nie trzeba nic płacić😲, to pewnie dzięki temu ludzi jest od groma ale nam to nie przeszkadza nam. Ścieżka do przejścia ma chyba z dwa kilometry, także poszło nam bardzo szybko. 
Takie oto skałki można podziwiać na miejscu, oraz tworzące się młyny wodne, gdzie czasem fale zalewają całe tego skałki😲 tak sobie rozmawialiśmy, że jak ktoś tam przez przypadek wpłynie, to już nie wypłynie, panuje tam tak silny prąd.
Czas jechać dalej. Z Punakaki (pancake rocks) do Dunedin jechaliśmy drogą widokową. Opuszczając pancake rocks już na starcie widać góry, do których zbliżamy się dość szybko. Po około godzinie jesteśmy już w wąwozie. Trasa ta ma ponad 100 km. Na samym początku wąwóz pełen jest kamieni i małych strumyków.


Z każdym kilometrem krajobraz delikatnie się zmienia. Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć wchodzenie w fazę zieleni, gdzie w pewnym momencie strumienie znikają i widać już tyko zieleń.
Ciężko pokazać jest to wszytko na zdjęciach, w wolnej chwili zobaczymy jak spisał się nasz sprzęt video i co udało się nagrać. Powolutku środek wąwozu przechodzi w kolor bardziej jesienny-żółty. Roślinność wygląda jak uschnięta na wiór, a tym samym otaczające nas szczyty przybierają podobny kolor, gdzieniegdzie nawet czarny- jakby ktoś obsypał je prochem.
Po drodze do Dunedin wpadliśmy do Hokitika George. Miejsce to słynie z rzeki, której woda zazwyczaj jest turkusowa. Niestety podczas naszych odwiedzin była szara, ale myślę, że wpływa na to wiele czynników, jak poziom wody czy pora roku.


Pomimo innego koloru niż się spodziewaliśmy, miejsce to jest magiczne i warto je odwiedzić. Bez problemu można się tam kąpać, my jednak podziękowaliśmy. Kolejnym miejscem które odwiedziliśmy to Dillmanstown. Co jakiś czas zjeżdżamy na punkty widokowe oznaczone przy drodze i ten był strzałem w dziesiątkę. 
Kolejne jezioro z krajobrazem górskim, które wprawiło nas w zadumę. Miejsce nas tak zauroczyło, że postanowiliśmy zjeść tam lunch i polatać dronem. Sceneria w całej Nowej Zelandii jest piękna, a wręcz cudowna, że najchętniej to latałbym cały czas. Niestety ograniczają nas 3 baterie, które można ładować tylko w kontaktach, więc muszę się ograniczać, bo dostęp do prądu na dłużej mamy rzadko. Przy owym jeziorku było trochę ludzi, jedni nawet pływali dość głośną łodzią motorową, więc dron nie powinien nikomu przeszkadzać. Zanim zdążyłem polecieć, motorówki w wodzie już nie było i zostaliśmy praktycznie sami. Dronik w niebo i zaczynam sobie kręcić. Po kilku minutach lecę już do campera żeby uczynić pamiątkowe zdjęcie nas i auta i przychodzi jakaś głupia baba (ogólnie to młoda dziewczyna, ale z zachowania baba) i się pruje że latam. Hałasem psuje to piękne miejsce i jak tak można? Tłumaczymy jej, że są inne rzeczy które produkują hałas i jakoś to jej nie przeszkadza i jeżeli wyjdzie z kadru to robimy ostatnie foto i go chowam. To babsko musiało wejść w dyskusję i wszystkim nam zagotować krew, i nie chciała się przesunąć. Jako, że była brzydka jak noc listopadowa, stała w gumiakach i ręczniku to nie chcieliśmy jej na zdjęciu. Na szczęście w końcu poszła sobie, skutecznie psując nam magię chwili. Wsiadło babsko do starego diesla, odpaliła i z głośnym turkotem pojechała w dal…
Na chwilę obecną jesteśmy w Queenstown i jutro wybieramy się na szlak Roys Peak, żeby zobaczyć całe to piękno natury z perspektywy drona, a nawet wyżej, bo około 1500 m.
